Gazeta Wyborcza nr 35, wydanie waw z dnia 10/02/2007 - 11/02/2007 ŚWIĄTECZNA, str. 24 

[autor fot./rys] HENRI CARTIER BRESSON/MAGNUM PHOTOS/EK PICTURES 

[pagina] DEBATA O TOŻSAMOŚCI EUROPY 

[podpis] TIMOTHY GARTON ASH *, PRZEŁOŻYŁ SERGIUSZ KOWALSKI 

NOWA EUROPEJSKA OPOWIEŚĆ 

Sześć wątków składa się na opowieść o tym, skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy. Trzeba będzie zapewne coś dodać lub ująć, a potem przydać całemu temu szkieletowi ciała 

TIMOTHY GARTON ASH * 

Europie zabrakło dziś scenariusza. W przededniu przypadającej 25 marca 50. rocznicy traktatu rzymskiego - rocznicy narodzin Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, z której wyłoniła się Unia Europejska - Europa nie wie, jaką ma opowiedzieć historię. Koniec zimnej wojny był też końcem politycznej opowieści, która przez trzy pokolenia podtrzymywała powojenny projekt (zachodnio) europejskiej integracji. Mało Europejczyków ma dziś pojęcie o tym, skąd się wzięliśmy, a jeszcze mniej wspólne wyobrażenie tego, dokąd chcemy pójść. Nie wiemy, po co nam UE i jakie są z niej pożytki. Pilnie potrzebujemy nowej opowieści. 

Proponuję, by składała się ona z sześciu wątków reprezentujących wspólne europejskie cele. Wątki te to wolność, pokój, prawo, dobrobyt, różnorodność i solidarność. Żaden z nich nie jest specyficznie europejski, ale zgodzilibyśmy się w większości, że dążenie do nich charakteryzuje współczesną Europę. Jednak nasze osiągnięcia pozostają często daleko w tyle za aspiracjami. Samo to jest częścią naszej nowej opowieści i wymaga zrozumienia, gdyż cechą współczesnej Europy winna też być zdolność do samokrytyki. 

Nie chodzi mi o konstruowanie tożsamości na modłę historycznych narodów Europy jako, jak to kiedyś żartobliwie powiedziano, grupy złączonej nienawiścią do sąsiadów i niezrozumieniem wspólnej przeszłości. Powinniśmy też wystrzegać się wszelkich prób rekonstruowania historii Europy w postaci teleologicznej mitologii typowej dla XIX stulecia, gdy tworzyły się nowożytne narody. Takie mitotwórcze fałszowanie naszej historii - "od Karola Wielkiego do euro" - nie da nic dobrego, a zresztą nie byłoby możliwe. Jak to błyskotliwie ujął historyk Ernest Renan, naród to wspólnota zbiorowej pamięci i zbiorowego zapomnienia; ale co jeden naród wolałby zapomnieć, inny pragnie zapamiętać. Im więcej narodów składa się na UE i im bardziej zróżnicowana jest nasza rodzina narodowych pamięci, tym trudniej konstruować wspólne mity o wspólnej przeszłości. 

Nie należy też budować poczucia europejskiej wspólnoty przez tworzenie negatywnych stereotypów wroga czy "innego" - tak jak np. w XVIII i XIX w. budowano brytyjskość w opozycji do stereotypowej francuskości. Po upadku wschodniego komunizmu, który służył Europie Zachodniej za negatywne odniesienie od końca lat 40. do roku 1989, niektórzy politycy i intelektualiści próbują dziś obsadzić w roli "innego" Europy Stany Zjednoczone lub islam. Głupie to i niewczesne wysiłki. Raczej dzielą Europejczyków, a nie łączą. Zarówno negatywne stereotypy "innych", jak i mitologizowanie własnej zbiorowej przeszłości są typowe dla nurtu, który nazywam euronacjonalizmem - dla prób przeniesienia nacjonalistycznych schematów politycznej tożsamości na poziom Europy. 

Europa ograniczająca się do wskazywania "innego" to jej dawne "ja", a mówiąc ściślej, ponure, niszczące, a czasem zwyczajnie barbarzyńskie rozdziały w dziejach europejskiej cywilizacji. Wojny w rozpadającej się Jugosławii i ludobójcze praktyki w Kosowie rozciągnęły tę smutną historię po kres ubiegłego stulecia. To nie była odległa przeszłość. Kluczowe znaczenie ma tu historyczna wiedza i świadomość, ale ma to być historia uczciwa, niekryjąca niedoskonałości, a nie historia mityczna, mythistoire. 

Inaczej niż w tradycyjnym dyskursie unijnym, nie uznaję ani jedności, ani mocarstwowości za konstytutywne cele europejskiego projektu. Jedność zarówno narodów, jak i kontynentu nie jest celem samoistnym, tylko służy celom wyższym. Podobnie potęga i władza. UE musi lepiej wykorzystać swoją pozycję, zwłaszcza w polityce zagranicznej, a dzięki temu chronić nasze interesy i realizować pożyteczne cele. Ale uznanie l'Europe-puissance za cel sam w sobie lub pożądany, tylko po to by dorównać potędze USA, to nie jest europejski patriotyzm, tylko euronacjonalizm. 

Nasza nowa opowieść ma więc być uczciwym i samokrytycznym sprawozdaniem o postępie (jakże niedoskonałym, ale jednak postępie) prowadzącym od wielu przeszłości ku wspólnym celom i wspólnej przyszłości. 

Cele te ze swej natury nie dają się zrealizować w pełni (nie ma, przynajmniej tu na ziemi, idealnego pokoju ani idealnej wolności), ale wspólne dążenie do nich wiąże polityczną wspólnotę. Dalszy ciąg tych rozważań to notatki (z elementami samokrytyki), ułomny szkic opowieści, który inni niech skrytykują i przerobią. Myśl, która nie spodoba się dostatecznie wielu Europejczykom, nie musi być kontynuowana. Nad resztą warto się zastanowić. 

Wolność

Historia Europy ostatnich 65 lat to dzieje postępu wolności. W roku 1942 tylko cztery kraje europejskie - Wielka Brytania, Szwajcaria, Szwecja i Irlandia - cieszyły się niepewną swobodą. W roku 1962 wolna była większość Europy Zachodniej z wyjątkiem Hiszpanii i Portugalii. W roku 1982 do obszaru wolności dołączyłłwysep Iberyjski i Grecja, ale prawie w całej Europie Wschodniej panowały komunistyczne dyktatury. Dziś wśród europejskich krajów pozostał tylko jeden wstrętny, autorytarny reżim - Białoruś. Większość Europejczyków żyje dziś w warunkach liberalnej demokracji. Nie było tak nigdy dotąd, nigdy od 2,5 tys. lat. To oczywisty powód do radości. 

Większością obecnych krajów UE rządziły za ludzkiej pamięci dyktatury. Prezydent Włoch Giorgio Napolitano żywo pamięta faszystowski reżim Mussoliniego. Przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso dorastał w Portugalii pod dyktatorskimi rządami Salazara. Kierujący polityką zagraniczną UE Javier Solana pamięta, jak uciekał przed policją generała Franco. 11 z 27 szefów rządów, którzy zasiądą wiosną przy okrągłym stole Rady Europy, w tym kanclerz Niemiec Angela Merkel, niecałe 20 lat temu żyło pod rządami komunistycznej dyktatury. Rozumieją wolność, bo rozumieją jej brak. 

Podwładni dyktatorskich rządów chcieli być wolni głównie dlatego, że chcieli być wolni, a nie dlatego, że chcieli być EU-ropejscy. Ale perspektywa wejścia do tego, czym jest dziś UE, zachęcała kolejne kraje - od Hiszpanii i Portugalii 30 lat temu, po Chorwację i Turcję dziś - do zmiany polityki wewnętrznej, gospodarki, praw, mediów i całego społeczeństwa. UE jest jednym z najskuteczniejszych w dziejach motorem pokojowych przemian ustrojowych. Przez dziesięciolecia walka o wolność szła ramię w ramię z tym, co zwie się emocjonalnie "powrotem do Europy". 

Minusy. Z bliska widać poważny defekt wielu młodych europejskich demokracji, m.in. wysoką korupcję, zwłaszcza, choć nie tylko, w Europie Południowo-Wschodniej. W naszych stabilnych demokracjach podobnie jak w USA zbyt wiele w polityce, w wymiarze sprawiedliwości i mediach znaczą pieniądze. Pomijając teorię, w praktyce Europejczycy bogaci cieszą się większą wolnością niż biedni. UE jest znakomitym katalizatorem demokracji, ale sama nie jest za bardzo demokratyczna. Uzasadnieniem unijnych regulacji mają być cztery swobody wymienione w traktacie rzymskim - swoboda ruchu towarów, ludzi, usług i kapitału - ale te same regulacje mogą, zauważmy, ograniczać wolność jednostek. Tak czy inaczej UE nie może przypisywać sobie wszystkich zasług, bo znaczący udział w wolności Europejczyków miały też USA, NATO i OBWE. Do niedawna obrona indywidualnych praw człowieka i obywatela leżała bardziej w gestii Rady Europy i jej europejskiego Trybunału niż UE. 

Pokój

Przez wieki Europa była teatrem wojny, dziś jest teatrem pokoju. Zamiast na polu bitwy testujemy dziś nasze narodowe siły na stadionie piłkarskim. Spory między narodami Europy rozstrzyga się nie w zbrojnym konflikcie, tylko w niekończących się brukselskich negocjacjach. UE to mechanizm permanentnego, zinstytucjonalizowanego rozwiązywania konfliktów. Kogo nużą brukselskie gadki szmatki i bicie piany, niech pomyśli o alternatywie. Wydaje się nie do pomyślenia, by Francuzi i Niemcy znów wszczęli wojnę, ale ledwie przedwczoraj zabijali się nawzajem Serbowie i Albańczycy. Pokój w Europie nie może zależeć od dobrej woli. To stary, znany argument za europejską integracją, co nie znaczy przecież, że mniej trafny. Czasem stare argumenty są najtrafniejsze. 

Minusy. Nie ma dowodów na to, że właśnie integracja przyniosła Europie Zachodniej pokój po 1945 r. Inni powiedzą, że zawdzięczamy go NATO i układowi zimnowojennej hegemonii z USA w roli "żandarma Europy", a jeszcze inni przypomną, że w Europie Zachodniej zapanowała liberalna demokracja, a kraje liberalnej demokracji nie toczą ze sobą wojen. Wiele wydarzyło się jednocześnie - historycy mogą się spierać, co było ważniejsze. Tak czy inaczej Europa Środkowo-Wschodnia nie zaznała po 1945 r. pokoju - przypomnijmy radzieckie czołgi na ulicach Berlina wschodniego, Budapesztu i Pragi oraz stan wojenny ogłoszony w Polsce w 1981 r. Co więcej, po zakończeniu zimnej wojny Europa, czyli UE i szerzej, kraje europejskie z utrwaloną demokracją, nie zdołała zapobiec powrotowi wojen na kontynent. Przerwanie konfliktu na Bałkanach wymagało dwukrotnej interwencji USA. Więc czym się tu chwalić? 

Prawo

Większość Europejczyków przez większość czasu żyje pod rządami prawa. Naszych skodyfikowanych praw człowieka i obywatela możemy bronić w sądzie. Jeśli nie uzyskamy zadośćuczynienia w sądach lokalnych i krajowych, możemy odwołać się do sądów europejskich, w tym do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Mężczyźni i kobiety, bogaci i biedni, czarni i biali, heteroseksualiści i homoseksualiści - wszyscy jesteśmy równi wobec prawa. Możemy na ogół zakładać, że policja jest po to, by nas chronić, a nie po to, by wspierać interesy rządzących, wypełniać polecenia miejscowej mafii czy napychać kieszenie. Zapominamy jednak, jak niezwykła jest to sytuacja. Przez większość europejskiej historii większość Europejczyków nie żyła pod rządami prawa jak nadal dwie trzecie ludzkości. "Mam broń, więc to ja ustanawiam prawo" - powiedział mojemu znajomemu dziennikarzowi pewien afrykański oficer, zanim zainkasowawszy "mandat", przepuścił go przez blokadę. 

UE jest wspólnotą praw. Wysiłki europejskich sądów uczyniły z traktatu rzymskiego i dalszych europejskich porozumień swego rodzaju konstytucję. Europejski Trybunał Sprawiedliwości nazwano "najskuteczniejszym ponadnarodowym organem sądowym w dziejach świata". Prawa UE stoją ponad prawami krajowymi. Najpotężniejsze rządy i korporacje muszą stosować się do werdyktów europejskich sędziów. Dlaczego w czołowych europejskich drużynach piłkarskich jest aż tylu graczy z innych krajów? To wskutek orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości z 1995 r. Dzięki sądowemu egzekwowaniu europejskich praw gwarantujących cztery swobody większość Europejczyków może dziś do woli podróżować, kupować, mieszkać i pracować w całej Europie. 

Minusy. W praktyce są równi i równiejsi - spójrzmy tylko na Silvia Berlusconiego. Przetrwały, zwłaszcza w Europie Wschodniej i Środkowo-Wschodniej, rozległe obszary bezprawia. W krajach demokracji rozszerzono uprawnienia sił bezpieczeństwa, w tym prawo do zatrzymania bez sądu, łamiąc prawa obywatelskie w imię "wojny z terroryzmem". Prymat prawa europejskiego i władza sędziów są tym, co budzi irytację, zwłaszcza brytyjskich eurosceptyków. Widzą w tym naganne odbieranie władzy wybranym demokratycznie parlamentom suwerennych państw. 

Dobrobyt

Europejczycy są w większości zamożniejsi od swoich rodziców i o wiele zamożniejsi od dziadków. Mają wygodniejsze, cieplejsze i bezpieczniejsze mieszkania, jedzą bogatsze, bardziej urozmaicone posiłki, rozporządzają większym dochodem netto i ciekawiej spędzają urlop. Nigdy nie mieliśmy tak dobrze. Przeglądając wspaniały album fotograficzny Henriego Cartier-Bressona "Europejczycy", uprzytomnimy sobie, w jakiej biedzie żyło wielu z nas jeszcze w latach 50. Jeśli uszeregujemy na mapie świata kraje według wysokości PKB, a potem według PKB na głowę ludności, zobaczymy, że Europa należy do najbogatszych regionów na ziemi. 

Minusy. Londyńska Bond Street i berlińska Kurfuerstendamm to nie jest europejska norma. Istnieją wstydliwe enklawy ubóstwa, także w najbogatszych rejonach Europy, a w niektórych wschodnioeuropejskich krajach panuje skrajna nędza. Bardzo trudno stwierdzić, w jakiej mierze zawdzięczamy nasz dobrobyt UE. W książce "Europe Reborn" badacz historii gospodarczej Harold James zamieścił wykres ilustrujący dynamikę PKB na głowę ludności we Francji, w Niemczech i w Wielkiej Brytanii w XX w., na którym widać gwałtowne załamania podczas obu wojen światowych i szybki powojenny wzrost. Ogółem dobrobyt rósł z grubsza równie szybko w pierwszej połowie stulecia, kiedy nie istniała EWG, jak w drugiej. Głównym powodem stałego wzrostu był według Jamesa rozwój i wdrażanie technologii. Do naszego dobrobytu przyczynił się prawie na pewno wspólny unijny rynek i polityka regulowania konkurencji, ale nie da się tego powiedzieć prawie na pewno o Wspólnej Polityce Rolnej i kosztach dodatkowych unijnych regulacji i polityki socjalnej. Kraje takie jak Szwajcaria i Norwegia radzą sobie świetnie poza UE. Tak czy inaczej, jeśli chodzi o rozwój, czasy świetności mamy za sobą. W ostatniej dekadzie stopa wzrostu w najwyżej rozwiniętych gospodarczo krajach europejskich była niższa niż w USA i o wiele niższa niż u nowych azjatyckich gigantów. 

żnorodność

W felietonie "Among the Euroweenies" ("Pośród eurofiutów") amerykański satyryk PJ O'Rourke skarżył się na Europę "małych, sennych kraików". "Nawet języki mają tam - ubolewał - ot, takie tycie. Żeby się załatwić, musisz się wytłumaczyć w kilku językach". Ale to właśnie to, co kocham w Europie. Można cieszyć się rano jedną kulturą, pejzażem i kuchnią, a potem wsiąść do samolotu lub pociągu i wieczorem napawać się inną i jeszcze inną nazajutrz. Kiedy mówię "można", nie myślę o wąskiej elicie - myślę też o latających liniami easyJet studentach i podróżujących nocnymi autobusami polskich hydraulikach. Europa to złożona, wielobarwna mozaika. Każda narodowa i regionalna kultura ma swoje wyjątkowe, piękne strony. Każdy tyci język ujawnia subtelne różnice rozwijających się przez wieki stylów życia i sposobów myślenia. Brytyjczycy mówią: "What on earth does that mean?", "Co (na tej ziemi) ma to znaczyć?", Niemcy: "Was im Himmel soll das bedeuten?", "Co (wielkie nieba) ma to znaczyć?" - oto oddane codziennym, prostym zwrotem filozoficzny empiryzm i idealizm. "Awantura" to po polsku wielka, hałaśliwa, ale naprawdę interesująca kłótnia. Po włosku bella figura to nieprzetłumaczalne określenie tego, jak chcielibyśmy prezentować się innym. To nie jest po prostu różnorodność - to różnorodność, z którą sobie radzimy, którą pielęgnujemy i która nie powoduje wśród nas konfliktów. Ameryka ma bogactwa, a Afryka różnorodność, ale tylko Europa łączy tyle bogactwa z takążnorodnością na tak niewielkim obszarze. 

Minusy. W tej kwestii widzę najmniej powodów do uzasadnionego krytycyzmu. Eurosceptycy potępiają UE za uniformizm zwalczający tradycyjne narodowe specjalności jak ręcznie wyrabiany (i ręcznie pokrywany warstwą apetycznego brudu) włoski ser czy mierzone imperialnym funtem i pintą brytyjskie befsztyki i piwo. Ale takich przykładów jest niewiele, a za każdą zlikwidowaną unijnymi regulacjami różnorodnością idą dwie nowe - od Caffe Nero na brytyjskim deptaku po tanie weekendowe wycieczki do Pragi. Europeizacja jest na ogół mniej zuniformizowaną niż amerykanizacja wersją globalizacji. 

Solidarność

Czy nie jest to najbardziej europejska z dzisiejszych wartości? Wzrost gospodarczy pragniemy doprawić społeczną sprawiedliwością, a wolną przedsiębiorczość gwarancjami socjalnymi - po to nam europejskie prawa i państwo opiekuńcze. Socjaldemokraci i chadecy wierzą zgodnie, że rynkowa gospodarka to nie rynkowe społeczeństwo. Nie chcemy darwinizmu społecznego w amerykańskim stylu ani kapitalistycznej dżungli, gdzie biednym i słabym wolno umrzeć w rynsztoku. Wierzymy w ramach UE w solidarność krajów bogatszych z biedniejszymi, a także w solidarność międzyregionalną - stąd unijne dotacje, z których kraje takie jak Irlandia i Portugalia wyniosły w minionym dwudziestoleciu tyle korzyści. Wierzymy też w solidarność w skali świata bogatej Północy z biednym Południem - stąd nasze hojne krajowe i unijne fundusze pomocowe i nasze zaangażowanie na rzecz spowolnienia globalnego ocieplenia, które odbija się szczególnie boleśnie na wielu najbiedniejszych tego świata. 

Minusy. W tej kwestii rzeczywistość rozmija się najdramatyczniej z aspiracjami. Najbogatsze kraje europejskie oferują wiele społecznej solidarności za pośrednictwem państwa, ale nawet w naszych najbogatszych miastach żebracy i bezdomni nadal sypiają na ulicy. W biedniejszych krajach wschodnioeuropejskich państwo opiekuńcze istnieje głównie na papierze. Być biednym, starym i chorym na europejskim Dzikim Wschodzie nie jest łatwiej, niż być w podobnym położeniu na amerykańskim Dzikim Zachodzie. Kraje takie jak Portugalia, Irlandia i Grecja uzyskały znaczne dotacje, jednak najnowszych członków UE potraktowano znacznie skromniej. W latach 2004-06 kraje dawnej unijnej Piętnastki płaciły na unijny fundusz rozszerzenia średnio 26 euro rocznie na obywatela - nasza paneuropejska solidarność kosztowała więc tyle, ile filiżanka kawy miesięcznie. Co do solidarności z resztą świata, UE lokuje się na szczycie "indeksu podwójnej moralności" Oxfamu [międzynarodowa organizacja charytatywna założona w 1942 r. w Wielkiej Brytanii] mierzącego protekcjonistyczne praktyki bogatej Północy. Nasz protekcjonizm na rynku rolnym jest nie lepszy niż w wykonaniu innych, a UE odpowiada wraz z USA za karygodne odwlekanie rundy Doha światowych rokowań handlowych. 

Jest to, powtarzam, ledwie szkic nowej europejskiej opowieści. Trzeba będzie zapewne dodać tu lub ująć jakieś wątki, a potem przydać całemu szkieletowi ciała. Sześć abstrakcyjnych rzeczowników nie wzbudzi powszechnego zainteresowania, nie mówiąc już o wzbudzaniu entuzjazmu. Wszystko zależy od osobowości, wydarzeń i anegdot dodających tej opowieści życia i kolorytu - a te sążne w różnych miejscach. Historia europejskiej wolności może i musi być inaczej opowiedziana w Warszawie i Madrycie, na lewicy i na prawicy. Nie potrzebujemy opowieści "na każdą miarę", narracyjnego odpowiednika uniwersalnych eurostóp procentowych. Uniformizacja w imiężnorodności to, jakkolwiek by patrzeć, sprzeczność. Niemniej oparte na wspólnym szkielecie ciało europejskich opowieści - po fińsku, po włosku, po szwedzku czy po francusku - ujawni silne rodzinne podobieństwo, takie samo, jakie łączy różne europejskie miasta. 

Sześć wątków składa się na łączną opowieść o tym, skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy. Jednym spodoba się w niej jedno, innym drugie. Mnie fascynują historie opowiadające o wolności i różnorodności. Inne pojmuję głową, lecz te dwie trafiają do mojego serca. Dzięki nim mówię bez żadnej żenady, że kocham Europę. Nie w tym sensie, rzecz jasna, w jakim kocham moją rodzinę, bo z tym nie da się niczego porównać. Nawet nie w tym sensie, w jakim kocham Anglię (choć w deszczowe dni widzę mniej różnic). Ale w pewien znaczący sposób mogę uznać, że kocham Europę - że jestem, innymi słowy, europejskim patriotą. 

Nasza nowa europejska opowieść nie wzbudzi tak płomiennych uczuć jak państwa narodowe w przededniu pierwszej wojny światowej. Dzisiejsza Europa jest inna - na szczęście! W naszych zamierzeniach nie życzymy sobie ani nawet nie domagamy się takich emocji. Europejskość jest naszą wtórną, chłodniejszą tożsamością. Europejczykom nie każe się dziś umierać za Europę. Większości z nas nie każe się nawet żyć dla Europy. Chodzi tylko o to, żebyśmy pozwolili żyć Europie. 

PRZEŁOŻYŁ SERGIUSZ KOWALSKI 

Tekst ukazał się w piśmie "Prospect" (luty 2007) 


Gazeta Wyborcza nr 51, wydanie waw z dnia 01/03/2007 OPINIE, str. 19 

[autor fot./rys] AP 

[pagina] GAZETA ŚRODKOWOEUROPEJSKA 

[podpis] TIMOTHY GARTON ASH *, PRZEŁOŻYŁ SERGIUSZ KOWALSKI 

NASTĘPNY ROZDZIAŁ EUROPEJSKIEJ OPOWIEŚCI 

Kosowo powinno stać się 33., a Serbia 34. członkiem Unii Europejskiej. I to na uroczystym szczycie w Sarajewie w setną rocznicę wybuchu I wojny światowej 

TIMOTHY GARTON ASH * 

Na moim biurku leży kawałek Kosowa - trzycentymetrowa, nieregularna, biaława bryłka upstrzona połyskującymi metalicznie, żółtymi cętkami. Dał mi ją nieżyjący już Ibrahim Rugova, długoletni przywódca niepodległościowego ruchu pokojowego kosowskich Albańczyków, a przy tym zapalony mineralog (niewielu jego gościom udało się pożegnać go bez kawałka Kosowa). 

Przeglądam też własną dokumentację fotograficzną konfliktu w Kosowie - akty ludobójstwa i wyzwolenia/okupacji w ostatnich trzech latach europejskiego krwawego wieku XX. Zbombardowane meczety i kościoły, ostrzelane z karabinów maszynowych i splądrowane wioski, świeża krew na białym śniegu. Selim Moriqi, drwal bez środków do życia, sprzedaje z taczki papierosy Monte Carlo. Z worka na zwłoki wystają bose stopy. 

Każdy ma swoje Kosowo

Kosowo to wiele dla wielu. Kolebka serbskości. Kolebka albańskości. Utracone serce Bałkanów. To tu Slobodan Miloszević rozpoczynał swój marsz ku niesławie. Tu wkroczył Zachód, broniąc muzułmanów przed chrześcijanami, by odpokutować za grzechy zaniechania w Bośni. Dla Noama Chomsky'ego był to kolejny akt agresji zachodniego imperializmu. Dla NATO - pierwsza prawdziwa wojna. Moment chwały w życiu Tony'ego Blaira - to on kazał wojskom lądowym przeciwstawić się rzeziom etnicznym Miloszevicia ("Toni Bler thank you" - głosi graffiti na jednym z moich zdjęć, obok napis "God Save The Quin"). To miejsce, gdzie znajduje się wiele najpiękniejszych klasztorów świata, które przetrwały jako prawosławne enklawy serbskości. Opowiedz mi o swoim Kosowie, a powiem ci, kim jesteś. 

Dziś Kosowo stanowi małe, lecz istotne wyzwanie dla społeczności międzynarodowej, a zwłaszcza dla Unii Europejskiej. Trwa w zawieszeniu od ponad siedmiu lat, kiedy to rezolucja 1244 Rady Bezpieczeństwa zamieniła wyzwolenie/okupację NATO w protektorat ONZ. Ale tak dalej być nie może. Dlatego specjalny wysłannik sekretarza generalnego ONZ ds. przyszłości Kosowa Martti Ahtisaari wystąpił z imponującym pakietem propozycji wyjścia z impasu. W jego planie nie pojawia się słowo "niepodległość", ale nie ma wątpliwości, że o nią właśnie chodzi - pod ścisłym nadzorem międzynarodowym. Kosowo ma mieć własną flagę, hymn, konstytucję, rząd i parlament, a jego mieszkańcy - obywatelstwo. Będzie mogło zawierać umowy międzynarodowe i wstępować do organizacji międzynarodowych. Jednak jego suwerenność ma ograniczać i kontrolować tzw. międzynarodowy przedstawiciel cywilny wsparty autorytetem międzynarodowych sił zbrojnych. 

Plan Ahtisaariego dotyczy w dużej części zagwarantowania praw serbskiej mniejszości w Kosowie. Serbowie cieszyć się będą nader rozległą autonomią obejmującą związki finansowe z Belgradem i własne programy nauczania. Ich piękne klasztory otoczą specjalne strefy ochronne. To kompromis zagmatwany i nieelegancki, z którego nikt nie będzie zadowolony, ale najlepszy, na jaki możemy liczyć, zważywszy na wszystkie okoliczności. 

Jedni będą bardziej niezadowoleni od innych. Pomimo niedawnej demonstracji w Prisztinie [10 lutego br.] pod hasłem "Niepodległość teraz!", która przyniosła dwie kolejne ofiary, większość poważnych albańskich polityków z Kosowa uważa plan za rozsądny. Serbowie - za niedopuszczalny. Rosja zapowiedziała, ważąc słowa, że "nie poprze" działań zmierzających do niepodległości. 

Po negocjacjach z udziałem Serbów [rozpoczętych w Wiedniu 21 lutego] Ahtisaari ma nadzieję przedstawić w marcu Radzie Bezpieczeństwa ONZ końcową wersję swojego planu. Władimir Putin uderzył ostatnio w ostre tony, ale nikt nie wie, jaki kurs obierze Rosja. Nie wiedzą tego zapewne sami Rosjanie. Według realistów do ostatecznego porozumienia torującego drogę nowej rezolucji Rady Bezpieczeństwa, która powinna doprowadzić do przyznania Kosowu ograniczonej suwerenności (po czteromiesięcznym okresie przygotowawczym), nie dojdzie przed czerwcowym szczytem G8. Bez takiego porozumienia możemy porzucić wszelkie nadzieje. W obliczu porażki mieszkańcy Kosowa nie pozostaną bierni i niemal na pewno dojdzie do nowych aktów przemocy. 

Za siedem lat w Unii

UE musi dziś zdobyć się na jasność, jedność, zdecydowanie i myślenie strategiczne - cztery rzeczy, które rzadko się jej udają poza własnymi granicami. Musi stwierdzić jasno, że to najlepsze rozwiązanie, na jakie nas stać. W pełni sprawiedliwe? Oczywiście nie! Nie jest sprawiedliwe, że niewinna, stara Serbka, której cała przemoc sprowadzała się do bicia krów kijaszkiem, dziś musi lękać się o własne życie. Ale nigdy nie zapomnę, co mi powiedział tuż po wyzwoleniu/okupacji latem 1999 r. w uroczym klasztorze w Deczani serbski pop, ojciec Teodozjusz. Powiedział, że Slobodan Miloszević "stracił nie tylko Kosowo, ale też zniszczył fizycznie i duchowo własny naród". Mnich mówił jasno - Kosowo stracił dla Serbii Miloszević, a nie Unia czy USA. My też powinniśmy mówić jasno - że jakieś rozwiązanie jest potrzebne, bo stanu zawieszenia nie da się utrzymać. 

Trzeba nam jedności i zdecydowania, bo tylko tak skłonimy Rosję do zgody. Przewodnictwo Niemiec w UE i G8 daje dziś na to największą szansę. Jeśli kiedykolwiek jakaś sprawa łączyła europejskie wartości (gwałcone w Bośni na oczach Unii) i europejskie interesy, to jest nią właśnie Kosowo. Chodzi o żywotne interesy całej Europy w sytuacji, gdy nie są zagrożone żadne żywotne interesy Rosji. W ciągu czterech najbliższych miesięcy nie uzgodnimy skądinąd potrzebnej wspólnej polityki energetycznej, ale to jedno możemy zrobić już teraz. 

Wreszcie strategia. Jedynym sposobem zrealizowania planu Ahtisaariego jest na dłuższą metę wprowadzenie Serbii, Kosowa oraz ich bałkańskich sąsiadów do Unii Europejskiej, gdzie normą są złożone wielopiętrowe porozumienia dzielące i ograniczające suwerenność. Dla Kosowa perspektywą nie jest budowanie narodu ani nawet państwa, lecz budowanie państwa członkowskiego UE. Tak samo dla Serbii. Wymaga to od europejskich przywódców dalekowzrocznej odwagi - stwierdzenia, że naprawdę chcemy dalszego rozszerzania UE, bo tylko tak zapewnimy pokój Bałkanom oraz wolność i integralność kontynentu. 

Dziś nie waży się powiedzieć tego nikt w Europie. Połowa Europy zdaje się żałować już dokonanych rozszerzeń. Ale wyobrażam to sobie tak: w ramach wielkiego bałkańskiego rozszerzenia w 2014 r. Kosowo i Serbia wchodzą do UE jako 33. i 34. kraj członkowski. W tym samym czasie do Unii przystępują Czarnogóra, Bośnia i Albania (Chorwacja i Macedonia weszły nieco wcześniej, a jeśli pytacie o Turcję, to wejdzie ona do Unii w 2020 r.). Jak proponowała parę lat temu komisja Giuliano Amato, akcesja nowych państw członkowskich powinna mieć miejsce na uroczystym szczycie w Sarajewie w 2014 r. - w setną rocznicę wybuchu I wojny światowej. Od Sarajewa do Sarajewa. 

Europejska Wspólnota Gospodarcza, która przekształciła się w Unię i zbliża do 50. rocznicy urodzin, to niezwykła historia pochodu pokoju, wolności i rządów prawa. Ale nasza polityczna opowieść winna opisywać zarówno to, skąd przychodzimy, jak i to, dokąd zmierzamy. Jeśli ta opowieść ma się dobrze skończyć, jej następnym rozdziałem powinno być Kosowo. 

PRZEŁOŻYŁ SERGIUSZ KOWALSKI